30 grudnia 2015

W jaki sposób praca na warsztatach terapii zajęciowej wpływa na motywację?

Siedziała nad pustką kartką czekając, aż spłynie na nią natchnienie. Niezapisany papier zawsze działał na nią przyciągająco. Problem w tym, że ona nie potrafiła przyciągnąć natchnienia. Co z tego, że chce pisać, skoro nic nie wydaje się wystarczająco doskonałym tematem? Ba, nawet nie wie, jaką formę ma przybrać dzieło, które niebawem zostanie ogłoszone bestsellerem przez drugorzędne pismo pseudoliterackie. Jednak po kilku następnych utworach komitet noblowski zacznie rozważać jej kandydaturę do nagrody literackiej. Za pierwszym razem pewnie jej nie dostanie, ale za drugim? Kto wie...
Tyle że na razie obok szkicu podziękowań dla rodziców, bliskich, wydawców, psów, rybek i fanów leży jedynie pusta kartka. Żaden temat nie jest dla niej idealny. 

Co blokuje motywację do realizacji ambitnych celów?


Jeszcze do niedawna sama byłam ofiarą presji bycia perfekcyjną i profesjonalną - ba, byłam wręcz przypadkiem skrajnym (z trzaskaniem garnkami i zepsutym nastrojem na cały dzień w przypadku porażki kulinarnej na czele). Pełna różnych planów - również tych dotyczących bloga - rezygnowałam często z ich realizacji ze strachu przed porażką. A czym byłaby dla mnie porażka? Jakąkolwiek, nawet maleńką rysą na Idealnym Planie. Aspiracje miałam i mam różne, w większości bardzo ambitne. Mimo stopniowego zmieniania podejścia do nich, same cele się nie zmieniają. Nie ma w końcu nic złego w ambicjach, dopóki perfekcjonizm nie blokuje ich realizowania.

Do niedawna widziałam cele, z trudem określając poszczególne kroczki do nich. Widziałam duże kroki milowe - np. skończenie studiów, uzbieranie kapitału - jednak nie określałam zbyt dokładnie tysiąca drobnych kroczków pośrednich. Dlaczego? Bałam się porażek po drodze, a łatwiej jest wytłumaczyć się z zawalenia dużego, szumnie brzmiącego etapu niż z niezrealizowania mniejszego celu pośredniego. I to był duży błąd, który wpędził mnie w różne błędne koła, problemy z motywacją i milion innych rzeczy, których omówienie od strony fachowej byłoby całkiem niezłym pomysłem na osobny wpis.


Warsztaty terapii zajęciowej - jeżeli inni mogą, to ja też


Ale do rzeczy. W trakcie walki z niszczącym, skrajnym perfekcjonizmem odważyłam się wysłać podanie o przyjęcie na staż (czemu wymagało to odwagi? No jak to, przecież mogli podanie odrzucić. Albo wyśmiać mnie po kilku dniach pracy). Udało się, zaczęłam współpracę z warsztatami terapii zajęciowej, gdzie przez jakiś czas pracowałam z osobami niepełnosprawnymi umysłowo oraz fizycznie. Nawet się zdziwiłam, gdy po kilku dniach nikt mnie nie wywalił. Jednak w życiu bym się nie spodziewała, że przebywając wśród osób bardzo różnych pod względem umiejętności emocjonalnych i poznawczych, borykających się z różnymi chorobami fizycznymi - nauczę się, jak czerpać radość z drobiazgów.

Uczestnicy warsztatów spędzali czas na nich wykonując różne prace o charakterze w większości rękodzielniczym. Mimo iż niektórzy mogli pracować tylko jedną dłonią, inni mieli problemy ze wzrokiem, a jeszcze inni z funkcjonowaniem w innych obszarach - potrafili wyczarować cuda. Wymagało to od nich dużo cierpliwości oraz akceptowania własnych ograniczeń i niepowodzeń pojawiających się po drodze. Czyli nie różniło się to w żaden sposób od realizacji celów przez osoby w pełni sprawne, które przecież też w drodze do spełnienia marzeń są zmuszone pokonać różne słabości, które przecież ma każdy!

Rzecz tak oczywista, a dotarła do mnie najpełniej właśnie podczas pracy z ludźmi, którzy w gruncie rzeczy mogliby się poddać i siedzieć w domach, a nikt nie miałby im tego za złe. Nie, im największą radość sprawia możliwość choćby drobnej pomocy innym i tworzenie naprawdę fajnych rzeczy w ramach zajęć. Oczywiście, nie każdy robi wszystko perfekcyjnie - a mimo to potrafi czerpać z tego satysfakcję. W ich przypadku najważniejsze okazały się zapał, cierpliwość i mniej lub więcej prób. I udało im się.

Także, dlaczego nie miałabym spróbować żyć tak samo? Nic nie tracę. Ok, nie jest łatwo wyleczyć się z perfekcjonizmu, a właściwie to nie chcę całkowicie się go pozbywać. W pewnym stopniu jest on potrzebny, ważne jednak, by nie zablokował motywacji do działania, jak to często ma teraz miejsce.

 Dlatego jeżeli coś, co tu pokażę Ci się spodoba i chcesz spróbować coś takiego zrobić - nie wahaj się. Podstawową zaletą moich propozycji jest ich niski koszt, co pozwala tworzyć rękodzieło na każdą kieszeń. A w przypadku niepowodzeń nie mamy poczucia dużej straty. 

Nie możemy wiedzieć, że czegoś nie potrafimy, dopóki nie spróbujemy. Jeszcze niedawno twierdziłam, że mam dwie lewe ręce do babrania się w malowaniu, rzeźbieniu, szyciu, zdobieniu... i mimo że ciągnęło mnie do takich zajęć, rezygnowałam ze względu na przewidywaną porażkę. Gdy na warsztatach w pewien sposób zostałam zmuszona tak pracować, a jednocześnie zobaczyłam, że każdy może robić cuda o różnym stopniu cudowności - zaryzykowałam. W końcu nic nie tracę, no może czasem trochę nerwów, gdy mi coś za piątym razem nadal nie wychodzi. A mimo to próbuję dalej - i Was zachęcam do tego samego.